Bluegate Fields i palenie opium

Obszar od Bluegate Fields po bramy przy pubie Royal Sovereigh był ulubionym miejscem spotkań azjatyckich żeglarzy. Ta ślepa uliczka składająca się z kilku odrapanych trzypokojowych budynków znana była pod nazwami „Zakątek Pielgrzyma”, „Dwór Chińczyka”, „Nowy Dwór”, a czasem „Dwór Wiktorii”.
Bluegate Fields było niczym innym jak jaskinią złodziei, prostytutek i zbirów najgorszego rodzaju. Mimo to, policja wkraczała na jej teren bez najmniejszych obaw. Tam byłem świadkiem rzeczy opisywanych przez najmakabryczniejszych pisarzy, ale które dla tych, którzy nigdy tu nie byli były zbyt okropne by w nie uwierzyć. Weszliśmy do domu w Victoria Place, gdzie kończył się Bluegate, który nie miał drzwi od ulicy, a po przejściu przez niewielkie przejście znaleźliśmy się w kuchni, gdzie gospodyni siedziała nad nędznym koksownikiem; obok niej siedziała dziewczyna, wynędzniała i przygnębiona. Zadaliśmy te same pytania co zwykle, Czy jest ktoś na górze? A gdy powiedziano mi, że wszystkie pokoje są zajęte, wstąpiliśmy na pierwsze piętro, które zostało podzielone na cztery małe pokoje. Dom był dwupiętrowy. Pani tego miejsca poinformowała mnie, że płaciła pięć szylingów tygodniowo za czynsz, a od prostytutek, które się tu zatrzymały, pobierała cztery szylingi tygodniowo za nędzne mieszkania, które miała im do zaoferowania do zakwaterowania; ale ponieważ żegluga rzeczna przeżywała teraz zastój, czasy były dla niej ciężkie. Dom był nędzną, zrujnowaną ruderą, a biedna kobieta narzekała gorzko, że jej gospodarz nie chce wykonać żadnych napraw. W pierwszym pokoju, do którego weszliśmy, przebywał marynarz ze wschodnich Indii, który przypłynął na jakimś statku, i jego kobieta. Pokój wypełniał duszący zapach, który jak odkryłem pochodził z opium, które palił. Nie było tam żadnego krzesła; tylko stolik, na którym postawiono kilka drobiazgów. Marynarz leżał na sienniku ułożonym na podłodze (nie było łoża), najwyraźniej otumaniony działaniem opium, które zażywał. Kilka starych podniszczonych koców wystarczyło, by go przykryć. Przy jego łóżku siedziała jego kobieta, która niemal idiotycznie usiłowała osiągnąć pewne otumanienie używając popiołów, które marynarz zostawił w swojej fajce. Twarz miała usmoloną i brudną, a ręce tak czarne i brudne, że z powodzeniem można byłoby zasiać na nich gorczycę i rzeżuchę. Przyciśnięta plecami do ściany, jawiła się być ożywioną kupką szmat. Była najwyraźniej silnie zbudowaną kobietą i chociaż jej twarz była pomarszczona i stroskana, nie wyglądała na zgnębioną, bardziej na zrujnowaną duchowo niż cieleśnie. Najprawdopodobniej była chora; a choroba przekazywana przez Malajów, marynarzy z Indii i ludzi z dalekiego wschodu ogólnie uważana jest za najbardziej przerażającą formę syfilisu, z którą można się spotkać w Europie. Nazywa się Dry – i boją się jej wszystkie kobiety w sąsiedztwie doków. Zostawiając tę ​​nieszczęsną parę, która była zbyt pochłonięta oparami opium, by odpowiedzieć na jakiekolwiek pytania, weszliśmy do innego pokoju, który powinien być właściwie nazwany dziurą. Nie było w nim ani mebli, ani łóżka, a jednak była w nim kobieta. Leżała na podłodze, nie mając pod sobą nawet słomy, owinięta w coś, co wyglądało jak szal, ale mogło być wzięta za sukienkę stracha na wróble wyjętego z pola kukurydzy, bez wielkiego nadwyrężania wyobraźni. Podskoczyła, gdy otworzyliśmy drzwi, które były luźne na zawiasach, i nie zamknęły się całkowicie, skrzypiąc dziwnie na zardzewiałych zawiasach, gdy odskoczyły gwałtownie. Twarz miała pomarszczoną i dotkniętą głodem, ​​jej oczy były przekrwione i wściekłe, rysy lekko zniekształcone chorobą, a włosy rozczochrane, splątane i matowe. Bardziej podobna do bestii w jej kryjówce niż do istoty ludzkiej. Rozmawialiśmy z nią i po jej odpowiedziach doszliśmy do wniosku, iż była Irlandką. Powiedziała, że ​​nie płaciła nic za miejsce, w którym spała. W ciągu dnia sprzątała toalety, a za te usługi otrzymywała zakwaterowanie za darmo. Następny dom, do którego weszliśmy, był w samym Bluegate Fields. Cztery kobiety zajmowały kuchnię na parterze. Czekały na swoich mężczyzn, prawdopodobnie złodziei. Miały puszkę piwa, którą przekazywały między sobą. Pani tego domu wyszła na spotkanie z mężem, który miał zostać wypuszczony z więzienia tej nocy, trzy lata temu zamknięty został za włamanie, a jego kara więzienia miała się zakończyć tego dnia. Jego przyjaciele mieli spotkać się u niego w domu i świętować jego powrót orgią, kiedy wszyscy, jak nam powiedziano, mieli nadzieję być pijani w sztok; a dziewczyna, która z ochotą udzieliła tej informacji dodała, iż „Nikt z nich ani trochę nie przejmował się policją”. Wyraźnie wyczekiwała przewidywanego szczęśliwego stanu upojenia. – London Labour and the London Poor – Henry Mayhew

Skomentuj