Bluegate Fields i palenie opium

 
„Opium Den in the East End”, The Illustrated London News, 1874
Na Bluegate Fields istniały dwie, może trzy palarnie opium. Artykuł z Daily News z 1864 roku opisuje ją tak:
„Pchamy półotwarte drzwi wejściowe i od razu znajdujemy się w małym na wpół oświetlonym obskurnym pomieszczeniu na parterze. Większość miejsca zajmuje łóżko. Stary Chińczyk na końcu łóżka tuż przy oknie wygląda jakby był w transie, choć dalej pali energicznie. Ma trupią twarz, wydęte policzki i głęboko zapadnięte oczy. Otwiera usta i pokazuje przebarwione i zepsute zęby.”
Dwa lata później tygodnik All the Year Around, który wydawał Dickens prawdopodobnie opisywał tę samą palarnię: ciasny pokój na parterze w New Court z łóżkiem w centralnym miejscu. Role mistrza ceremonii pełni stary Chińczyk o umieniu Yahee. Inne opisy z lat 1868-75 pokrywają się mniej więcej z takim opisem. Czasem lokal znajdował się na parterze, innym razem na piętrze. W pomieszczeniu dominowało pozbawione pościeli łóżko, na którym w pozycji półleżącej polegiwało pół tuzina palących osób, a gospodarzem był również Chińczyk, jednak młodszy niż wspomniany Yahee, który razem ze swoją żoną Angielką przygotowywali opium. Imię gospodarza czasem brzmiało Chi Ki („East London opium smokers” 1868), Osee lub Johnson.
Górna ulica Swandam jest wstrętna, ciągnie się za ogromnymi składami na Północnym brzegu Tamizy, aż na wschód od London Bridge. Jaskinię, której szukałem, znalazłem między jakąś budą tandeciarską a jakąś knajpą; strome schody prowadziły do lochu ciemnego jak noc. Kazałem woźnicy czekać, a sam wszedłem na schody mocno w środku wydeptane przez nieprzerwaną wędrówkę pijanych stóp. Przy migotliwym blasku olejnej lampy, umieszczonej nad drzwiami, znalazłem klamkę i wszedłem do niskiego, długiego pokoju, napełnionego gęstym dymem i zastawionego drewnianymi tapczanami, jak to bywa na okrętach dla wychodźców. Wśród duszącego dymu ledwo rozróżniłem postaci, które w fantastycznych pozycjach leżały dokoła; jedne z założonymi ramionami, drugie z podgiętymi kolanami, inne z odrzuconą w tył głową i zadartą brodą. Ciemne, bez blasku oczy, skierowały się tu i ówdzie na przybysza. Z niewyraźnych postaci wydobywały się czerwone, małe paski światła, to jaśniejsze, to bledsze, według tego, czy palącą się truciznę wciągano, czy wypuszczano z metalowych fajek. Większość z nich leżała cicho; niektórzy szeptali do siebie, inni cichym, monotonnym głosem rozmawiali, inni jeszcze wypowiadali gwałtownie jakieś zdania i nagle popadali w milczenie; każdy snuł własne myśli dalej, nie zwracając uwagi na mowę sąsiada. Na drugim końcu sali stał mały kocioł z żarzącymi się węglami, a obok niego na trójnogu siedział chudy, stary człowiek. Brodę podparł rękami, łokcie oparł na kolanach i tak pochylony patrzał nieruchomo w żar. Gdy wszedłem, przeskoczył brudny Malajczyk z fajką i dawką opium, wskazując mi pusty tapczan.” – „Człowiek z wywiniętą wargą”

Tajemnica Edwina Drooda

 
Scena z „Tajemnicy Edwina Drooda” , Gustave Doré 1872
Drżący od stóp do głów mężczyzna, którego rozkojarzona świadomość wytworzyła tak fantastyczny obraz, unosi się, wspiera na rękach rozdygotane ciało i rozgląda dokoła. Znajduje się w małym i nad wyraz nędznym pokoju. Przez postrzępione zasłony wpada z obskurnego podwórka światło wczesnego poranka. Mężczyzna leży w ubraniu w poprzek dużego, całkiem nie pasującego do otoczenia łoża, które zdążyło się już załamać pod znajdującym się na nim ciężarem. Leżą bowiem na nim – też w poprzek i również ubrani – Chińczyk, hinduski marynarz i wynędzniała kobieta. Obaj mężczyźni śpią lub ogarnęło ich zamroczenie, kobieta natomiast dmucha w coś na kształt fajki, usiłując ją rozpalić. Dmuchając, osłania ją wychudłą dłonią, w mdłym świetle poranka mężczyzna posługuje się rozniecanym żarem jako słabo świecącą lampką.” – „Tajemnica Edwina Drooda”
Dickens wraz ze swoim przyjacielem J. T. Fieldsem, który odwiedził go latem 1869 roku, pod eskortą policji udali się do szemranych miejsc, w tym nor opiumowych. J.T. Fields powiedział po wyprawie: „na zaniedbanym dziedzińcu zobaczyliśmy starą kobietę, która paliła jakiś rodzaj fajki zrobionej ze starej butelki po atramencie. Prawdopodobnie z tamtej wyprawy pochodziła inspiracja do wydarzenia rozpoczynającego niedokończoną powieść „Tajemnica Edwina Drooda”:

Skomentuj